Felieton: Noldorka u źródeł demokracji czyli krótka lekcja edukacji obywatelskiej

Bardzo aktualny temat wybrała sobie nasza autorka Noldorka na swój pierwszy felieton. Chwała jej za to. Zapraszamy do lektury.

Noldorka u źródeł demokracji czyli krótka lekcja edukacji obywatelskiej

Mimo licznych „ale” i „anty” oraz ogólnego zwątpienia w system demokratyczny, zdecydowałam się w końcu wziąć udział w wyborach samorządowych. I to wziąć bardzo aktywnie, bo nie tylko poprzez głosowanie, ale też poprzez uczestnictwo w pracach obwodowej komisji wyborczej (uff, przyznałam się – znajomi anarchiści mnie przeklną za wysługiwanie się Systemowi, ale trudno). Wprawdzie, gdy się zorientowałam, ile pracy mnie czeka, uznałam, że kopanie rowów albo zasuwanie w kamieniołomie byłyby pewnie bardziej intratnymi zajęciami, ale przecież nie o to chodzi. Żeby nie było – nie chodzi też zresztą o szeroko pojęte poczucie służby „Narodowi” (z patosem, przez wielkie „N” i przy dźwiękach „Roty” lub „Bogarodzicy”), bo utożsamianie biurokracji z demokracją wypada co najmniej blado, a poza tym, jak przekonywał mnie pewien kloszard w Pasażu Rubinsteina: „U nas nie ma demokracji. Jest chamokracja”. Jeśli chodzi tu o cokolwiek, to o równowagę sił w rzeczonej komisji, bo już poprzednie wybory w mojej miejscowości pokazały, że jej brak prowadzić może do poważnego uszczerbku na tym i tak ułomnym systemie obierania władzy.


Jak się okazuje, doba pracy w komisji zaowocować może nie tylko ożywionym wspomnieniem o dziecięcej zabawie w urząd czy bank (przybij pieczątkę, wydaj kartę, podpisz protokół…), ale też refleksją na temat granicy między tym, co kolektywne a jednostkowe oraz stopniem, do którego pierwsze może w ogóle krępować drugie. Oto, w dwudziestej czwartej godzinie bez snu, spoglądam ponurym wzrokiem na stertę niebieskich płacht papieru (nieco wcześniej załatwiliśmy żółte papiery, które to określenie dość dobrze oddaje w tym wypadku stan umysłu członków komisji). Po zliczeniu trzeba jeszcze wpisać rozmywające się cyferki w formularz typu: każdy-idota-to-wypełni oraz pozliczać wszystko tak, „żeby się zgodziło”. Atmosfera zaczyna się podgrzewać nie tyle z powodu naszego zaaferowania wynikami głosowania do sejmiku wojewódzkiego (nazwiska kandydatów naprawdę nic nam, podobnie jak i wyborcom, nie mówią), ile faktem, że jeszcze tylko parę okienek przeklętego formularza dzieli nas od upragnionego snu.

W tym momencie na scenę po raz kolejny owej doby wkracza despotyczna przewodnicząca komisji i usiłuje oddalić nasz cel w czasie poprzez nakaz powtórnego liczenia niezużytych, starannie zapakowanych kart do głosowania. Prośby nie pomagają, despotka obstaje twardo przy swoim. Normalnie być może machnęłabym na to ręką. Tym razem uznaję jednak, że minimum komfortu psycho-fizycznego jest sto razy ważniejsze od cholernej urzędniczej skrupulatności, która nie służy niczemu więcej niż asekuracji tyłka przewodniczącej. „Chwila moment – zaczynam z szaleństwem w oczach swoją przemowę, gotowa niczym Rejtan zasłonić własną piersią zaklejoną paczkę z kartami – Najpierw każe nam pani wszystko głosować, a teraz nagle odbiera nam pani prawo głosu?! Nie zgadzam się na to. Albo podejmujemy decyzje demokratycznie albo wprowadza pani rządy autorytarne”. Ostatecznie ta druga opcja wygrywa, co trochę osłabia moje poczucie sprawiedliwości społecznej, ale nie na tyle, bym zgodziła się wziąć udział w narzuconej przemocą czynności.

Kiedy potem myślę o całej tej sytuacji, dość zabawna wydaje mi się jej teatralność i mój, cokolwiek tragiczny w niej udział. Z drugiej jednak strony, kiedy zastanawiam się nad przyczynami tak gwałtownego oporu wobec zarządzeń przewodniczącej, dochodzę do wniosku, że właśnie tego rodzaju sprzeciw leży u podstaw wszelkich działań, mających na celu respektowanie przez rządzących swobód obywatelskich. Istota demokracji tkwi bowiem, jak się na własnej skórze przekonuję, nie tyle w formalnych sposobach sprawowania władzy, co w zapewnieniu, że władza ta nie narusza praw jednostki do życia oraz do zaspokojenia jej elementarnych potrzeb psychologicznych i fizjologicznych. Jeżeli jakikolwiek system rządów narusza te prawa, to znaczy, że jest on zaledwie iluzją demokracji. Dlatego właśnie szlachetne dążenia Euro-Amerykanów do szerzenia „dobrodziejstw” demokracji w państwach Afryki czy Azji, nawet gdyby nie były zwykłym gwałtem kulturowym, pozostają nic nieznaczącymi hasłami w obliczu głodu i niewolniczej pracy, które gotuje mieszkańcom tych państw nasz system gospodarczy. Z tego samego powodu nie sposób mówić o prawach człowieka i o swobodach demokratycznych, dopóki nie wyjdziemy od tych najbardziej podstawowych – od prawa do picia czystej wody, do oddychania niezatrutym powietrzem i wychowywania dzieci w środowisku, które nie wywoła u nich raka albo choroby popromiennej. To są sprawy zasadnicze, ale większa część ludności na Ziemi nie ma do nich dostępu. Cokolwiek odwołuje się w warstwie deklaratywnej do demokracji, a nie uwzględnia tych kwestii, przypominać będzie powoływanie się Święte Inkwizycji na wersety z Pisma Świętego – trącąca erystyką interpretacja nie sprawi, że przestajesz być sukinsynem. Bo kwestie techniczne w rodzaju ordynacji wyborczej i elekcyjnego rytuału raz na cztery lata nie mają znaczenia w momencie, gdy ciągle mniejszość (Bank Światowy, WTO, korporacje, ale też mniejszość żyjących w dostatku obywateli krajów rozwiniętych) buduje swój dobrobyt kosztem większości. Demokracja ateńska funkcjonowała pod tą nazwą, choć nie była systemem włączającym, a wykluczającym ogromne masy społeczeństwa nie tylko z grona obywateli, ale i ludzi. I tak jak dziś, podział ten podyktowany był pragmatyką systemu ekonomicznego – objęcie niewolników zakresem wspólnoty etycznej i obywatelskiej byłoby być może zbawienne dla ateńskiej demokracji, ale z pewnością nie dla ateńskiej gospodarki. Dzisiejsze dysproporcje między Globalną Północą a Południem także wynikają z podporządkowania praw człowieka logice indeksu giełdowego. Logika ta jest jednak bezlitosna i nie zna ani stałych wrogów, ani sojuszników. Kierując się nią, tracimy wszyscy i traci też demokracja, choć może upłynąć wiele czasu, zanim zdamy sobie z tego sprawę. Czy będąc spadkobiercami nie tylko starożytnych Greków i kilku krwawych rewolucji, ale też kolonializmu, hitleryzmu i stalinizmu, będziemy potrafili wykroczyć poza nie w swoim myśleniu, odczuwaniu i w działaniu? Oby – bo tylko w takim wypadku jesteśmy w stanie zamienić oligarchiczną i totalną Władzę, na integralne i solidarne samostanowienie.

2 Komentarze to “Felieton: Noldorka u źródeł demokracji czyli krótka lekcja edukacji obywatelskiej”

  1. Powyższy link mówi o:
    Niedzielna decyzja władz strefy euro oznacza dla każdego Irlandczyka 19.000 euro nowego długu. Zadowolone mogą być tylko zarządy niemieckich i brytyjskich banków, które przez ostatnie lata bezmyślnie pożyczały pieniądze Zielonej Wyspie. I teraz nie poniosą nawet symbolicznej odpowiedzialności za własne błędy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: